Przymus świętowania przełomu “roków” nieco jest przerażający. A im człowiek starszy, tym mniej widzi w tym sensu. O ile mnie się jeszcze chce wypić szampana prosto z butelki i pooglądać fajerwerki, a mijające lata nie napawają niepokojem, o tyle Marcin najchętniej położyłby się spać o 22:30 i zbojkotował cały ten raban. Zgodnie jednak odmawiamy uczestnictwa w zbiorowych imprezach i zmagania się z kacem dnia następnego, bo nie idzie to w parze z naszym coraz bardziej sportowym trybem życia.

W tym roku pogoda przyszła nam w sukurs. Zdaję sobie sprawy, że ryzykuję pisząc, iż wiosna zimą bardzo nam odpowiada, więc z góry przepraszam wszystkich miłośników sportów zimowych, zarządców obiektów, których być albo nie być zależy od śniegu oraz dzieci. Dopiero przebywając w górach człowiek uświadamia sobie, jak ten brak śniegu doskwiera, ludzie okupują najmniejsze skrawki ośnieżonych stoków. Dlatego, kiedy w Szklarskiej Porębie będąc, gdzie śniegu nie doświadczysz, za to słońce piękne, rozmawiając przez telefon wypowiedziałam zdanie: “w Jakuszycach śnieg, więc uciekliśmy niżej, śnieg nam do niczego niepotrzebny”, przez chwilę obawiałam się, że oberwę, chciało by się napisać, śnieżką, (he he), od narciarsko odzianych turystów spacerujących po suchych chodnikach. Obawa niepotrzebna, zagrożenie zerowe:)

Dzięki szczodrobliwości Prezesa cudownej organizacji, w jakiej pracuję, home office w dniach 30 i 31 grudnia sprawił, że mieliśmy do dyspozycji całe 5 dni. Normalni ludzie wzięli na te dni urlop, kamperowanie sprawia jednak, że mój urlop wykorzystany jest pod koniec września, później lecę na żądaniu albo jak wyżej, litościwej i ludzkiej szczodrobliwości. Marcin, cóż, szef wszystkich szefów, więcej na urlopie niż w pracy;).

W ciągu tych pięciu dni byliśmy w Karpaczu, Szklarskiej Porębie, Świeradowie, Novym Meste pod Smrkiem i Harrachowie. Pobiegaliśmy, pojeździliśmy na rowerach, połaziliśmy po górach, pojedliśmy, popiliśmy. Podczas gdy większość społeczeństwa łaziła po marketach kupując fajerwerki i wódę. Yes, I’m proud.

Z racji bliskości (140 km od Zielonej Góry), w każdym z tym miast byliśmy wielokrotnie (wpis o kamperowaniu w Karpaczu), komunikacja po miasteczkach nie stanowiła więc problemu i miejsca na nocleg znajdowaliśmy szybko.

W Karpaczu znaleźliśmy pusty i darmowy parking koło hotelu Karolinka, w Karpaczu Górnym. Takich miejsc było więcej, choć nie wiem, jak sprawa wyglądałaby, gdyby był śnieg, zakładam, że znalezienie miejsca wtedy nie byłoby takie łatwe.
Wieczorem przeszliśmy się na dół, do “centrum”, zjedliśmy pyszną kolację w przytulnej knajpce i wróciliśmy do kampera.

Taka ciekawostka: zima jest, prawda, grzać trzeba. Człowiek po kilku miesiącach przerwy od kamperowania przestaje być tak biegły w technicznych sprawach jak jest w szczycie sezonu. Zapomina o pewnych rzeczach, jak na przykład zawór bezpieczeństwa, który otwiera się, gdy jest zimno, celem pozbycia się wody, która mogłaby zamarznąwszy zniszczyć to i owo. Zawór ten należy zamknąć ZANIM włączy się pompę wody i piecyk właśnie. W przeciwnym razie caaaała woda, którą wiezie się te ponad 100 km wylewa się ciur ciur na ziemię bezgłośnie. A znalezienie czynnego kranu celem uzupełnienia braku nie jest zimą takie łatwe, wszystkie zewnętrzne zawory pozakręcane, dopiero na stacji przy wjeździe do Jakuszyc dnia następnego udało nam się znaleźć stację z czynnym kranikiem (umieszczony wewnątrz baraku z wc, konieczny szlauch na stanie).

Jak już wspomniałam, w Jakuszycach był śnieg. Mniej więcej pośrodku drogi między Szklarską Porębą a Jakuszycami przebiega granica zmiany pogody. Jadąc w stronę Jakuszyc, robi się zimniej, wilgotniej, śnieżniej, szarzej. W drugą stronę, jest słonecznie i sucho. Przejeżdżaliśmy tą trasą cztery razy, zjawisko występowało. Tak więc w zależności od upodobań – w lewo, lub w prawo, dla każdego coś miłego. My chcieliśmy pobiegać, porowerować, więc czym prędzej wróciliśmy na dół.
Z poprzednich wizyt w Szklarskiej Porębie pamiętałam, że od Szklarskiej do wodospadu Szklarki wiedzie leśna ścieżka, w sam raz do biegania. Okazało się, że jest jak najbardziej w sam raz, do biegów przełajowych, dla kozic i wyczynowców, co lubią pod górkę, najlepiej wszystko naraz –  wyczynowych kozic biegających przełaje. Warunki niesprzyjające, nie jest idealnie, niedobrze, źle i jeszcze pulsometr nie działa!…Marcin vel Gniewko buntuje się, ostatecznie sportowe endorfiny biorą górę, truchtaliśmy więc dzielnie przez ponad godzinę.

I tu kolejna ciekawostka: dotruchtaliśmy sobie do budki, w której pobierane są opłaty za wstęp do parku krajobrazowego, 5 zł jedynie, których nie mieliśmy przy sobie, jesteśmy biegaczami bez balastu. Swoją drogą, pobieranie opłat za dostęp do przyrody jest dla mnie dziwne, tak jak opłatę klimatyczną uważam za niezgodną z konstytucją, mimo, że to są grosze.
Nic to, zawróciliśmy i pobiegliśmy gdzie indziej. Dobiegliśmy tak czy siak do tablicy informującej, że tu oto przechodniu wkraczasz do parku krajobrazowego. Obok kolejna tablica z informacją jedynie po polsku, że za wstęp do parku pobierane są opłaty. Budki żadnej, kasy żadnej, gdzie te opłaty są pobierane nie wiadomo, Polakowi, który przeczytał tablicę nie wiadomo, ale przecież wcale nie musiał czytać, prawo nie nakazuje czytać każdej tablicy na drodze. A co dopiero Czechowi, Niemcowi, czy innemu Holendrowi, który być może tak jak my chciał sobie pobiegać po górach i nie wziął pieniędzy.
I taki Bogu ducha winny biegacz/spacerowicz/turysta wbiega nagle na budkę, spod której zawrócił uprzednio, nie będąc świadomym, że znów na nią właśnie wbiegnie, wcale nie chcąc oszukać systemu, wpadł tak po prostu w jego absurdalność prosto na dwóch panów strażników bez zębów, którzy wyzwali go od cwaniaczków, oszustów i innych takich. Nawet chciałam wytłumaczyć jak człowiek, że to przez przypadek, że niecelowo, że zaraz dobiegnę te 5 zł, ale na to cofnął się Marcin i wszyscy trzej przeszli na łacinę. A że strażnicy otyli byli odpowiednio, żaden w pogoń nie uderzył. Pomyślałam przelotem, że gdyby świat składał się z kobiet, konfliktów byłoby mniej. A nawet, jeśli więcej, to częściej byłyby zażegnywane.
Listów gończych za dwójką takich, co nie chcieli zapłacić 5 zł nigdzie potem nie było, a szkoda.

W Szklarskiej Porębie stanęliśmy na płatnym parkingu (30 zł doba) przy ul. Turystycznej przy dolnej stacji kolei linowej na Szrenicę. I znów, gdyby był śnieg, na bank nie byłoby tu gdzie skutera wcisnąć, a co dopiero kampera. Tymczasem, oprócz nas były jeszcze, wymieniając się, dwa.

Następnego dnia pojechaliśmy do Novego Mesta pod Smrkiem, do Centrum Singtrek, aby tu być może zostać na noc, ale przede wszystkim pojeździć na rowerach po Singltrek’ach.
Centrum Singltrek leży nad małym jeziorkiem. Duży teren, ładna trawa, minitory do poćwiczenia, budynki z serwisem rowerowym, barem, prysznicami…. wszystko zamknięte. Na teren Centrum można co prawda wejść i wjechać, jednak wszystko inne pozamykane, na drzwiach żadnej informacji do kiedy, że przerwa zimowa, na stronie internetowej też nie. Co 10 minut przez Centrum przejeżdżali rowerzyści, zaglądali do środka, przysiadali na ławeczce i jechali dalej. Na parkingu nieco dalej kilka samochodów z niemieckimi rejestracjami, rowery powyciągane, pompki itd – a centrum zamknięte… Pogoda taka, że na mój gust powinno być otwarte, na pewno i ludzi byłoby wtedy więcej, jakieś piwko, przekąska, każdy by kupił.  O co więc chodzi?
Zgodnie z tym artykułem trwają dyskusje na temat wprowadzenia opłat za korzystanie ze ścieżek, czemu bardzo sprzeciwiają się twórcy całego projektu, argumentując, że chcą, aby wszystko utrzymywało się li i jedynie dzięki działalności Singltrek Centrum. Jednak jak wynika z tego artykułu, problem jest o wiele głębszy i wydaje się, że znakomity pomysł stworzenia tego miejsca zostanie sprzeniewierzony przez jakieś polityczno-finansowe gierki ludzi, od których niestety zależy dalsze funkcjonowanie Sigltreków. Brzmi to dziwnie znajomo i co tu dużo gadać, na wschodzie bez zmian… Rowerzyści wszystkich krajów, lub choćby regionu, łączcie się i na barykady!

Ciekawostka nr 3: to był mój trzeci raz na singltrekowych ścieżkach. Trochę się ze sobą zmagamy, choć myślę, że za każdym razem jesteśmy sobie bliżsi i bliżsi, choć za pierwszym razem byliśmy zdecydowanie najbliżej i było najmniej przyjemnie. Teraz już wiem, że trzeba ZAWSZE pozostać czujnym, nie zachwycać się głupio przyrodą, nie śpiewać piosenek w głowie, zawsze mieć kask, a najlepiej to zbroję i NIGDY nie hamować na mokrym mostku. Szczególnie na pierwszym, 200 metrów od startu… Trauma towarzyszy mi teraz przy każdym mostku, choć dzielnie walczę.

20131230_135517_resized

Nie zostaliśmy na noc na terenie centrum, bo straszno tak samemu, w lesie prawie  i pojechaliśmy na sprawdzony już jesienią parking pod dolną stacją kolejki gondolowej Ski&Sun w Świeradowie. 10 zł za ponad 3 h postoju, bez górnego limitu. Dziwne i cudownie prawdziwe:)

Następnego dnia postanowiliśmy trochę wylajtować, wjechaliśmy kolejką na Stóg Izerski i nogami zeszliśmy i takie to było lajtowe, że zakwasy na tyłku mam do dziś, a wczoraj przeważnie leżeliśmy, żeby nie czuć ciała. Wciąż lepsze to niż kac;)

Po zejściu wypiliśmy grog w przeuroczej kawiarence Kofeina w Świeradowie, wdrapaliśmy się do kampera i stwierdziwszy kompletny brak prądu w akumulatorze wybraliśmy się na przejażdżkę do Harrachowa, kolejny raz obserwując prawidłowość, że za Szklarską Porębą robi się nagle zima. Ale nie chcieliśmy się już sportować i było nam w sumie wszystko jedno, a w necie znaleźliśmy całoroczny kemping w Harrachovie właśnie, tam też postanowiliśmy zażyć kąpieli, podłączyć się do prądu i po kilku dniach oszczędzania energii, poodpalać wszystkie światła i telewizor jednocześnie. Lecz zanim te wspaniałości…

IMAG0067

Kemping Jiskra w Harrachovie był pełny. Pełny i jeszcze raz pełny, a jakby tego było mało, stały tam muflony. Dwa. Piękne. Na samym wjeździe powitał nas pan w szlafroku i w klapkach poginający pod prysznic po lodzie wśród śniegu. Wokół jakieś dzieci, ludzie na zewnętrznych kuchenkach gotujący obiady. Sezon w pełni.

Link: kemping Jiskra

W recepcji starszy Czech, mówił do mnie po czesku i ja rozumiałam i byłam taka z siebie dumna, a najbardziej mi się podobało, że  idzie kukać na skoki:) Sama recepcja ulokowana w góralskim domku ustrojona narciarskimi proporczykami i końcówkami nart, w telewizji wspomniane już skoki, wszystko tak bardzo do siebie pasowało. Nie mieliśmy koron, pan pozwolił nam więc zapłacić w złotówkach, wyszło ok. 70 zł.
No i prąd. Marcin cały zadowolony pociągnął kabel, że się tak wyrażę, wyciągnął wtyczkę i tu zonk. Okazało się, że mamy jakąś złą wtyczkę, która ma dwa bolce i nie pasowała do gniazdek z trzema bolcami… Marcin zmienił się w Gniewka, pognał do sklepu na przeciwko, kupił jakiś przedłużacz, przerobił go na dwubolcowy kombinerkami i działało. Zapalił wszystkie światła, włączył telewizor i znów zmienił się w Marcina, choć trochę Gniewka zostało – w tv tylko czeskie kanały, a tu Sylwester z dwójką, polsatem, tvnem!.. Jednak był internet, był laptop, polska tv w sieci, uff ta technika, tylko trochę się cięło, było prawie idealnie;)

Kolację postanowiliśmy zjeść w czeskiej knajpie, co 31. grudnia było pomysłem wprost genialnym. Wszystko zarezerwowane, ale jak się chce, to można i pyszną czeską kolację z knedlikami zjedliśmy  w knajpie o zaskakującej nazwie Praha, gdzie również mogliśmy zapłacić złotówkami, bardzo to ułatwiało życie.

O 24:00, jak wszyscy współpkempingowicze, wyszliśmy na dwór oglądać fajerwerki i pić szampana. Było super.

 

Z tej krótkiej, ale też wystarczająco długiej na przemyslania wyprawy, wyciągnęlismy kilka wniosków:
1. Trzeba się ruszać. Ruszyć dupę z kanapy trzeba i robić cokolwiek, żeby tętno się ruszyło, przepchnąć te złogi z żył, załatwić sobie lepsze samopoczucie, wygląd i lżejszą, bo z mniejszą iloscią chorób, starosc.

2. Dzięki pełnemu obłożeniu kempingu Jiskra w Harrachowie uswiadomilismy sobie, że zima to nie jest samo zło. W zimie można kamperować . Można ubrać się ciepło i ognisko rozpalić albo co. Zima wcale nie uziemia kamperowców, zimowanie kampera trzeba między bajki włożyć. Co prawda, tegoroczna zima to nie zima, oszustwo jakies, ale generalnie chodzi o to, że snieg nie jest przeszkodą, pod warunkiem, że nie leży na drodze.

3. Dzięki namiastce narciarskiej atmosfery panującej w Harrachowie wymysliłam sobie, że ok, niech będzie, spróbuję na tych nartach. Najbardziej bym chciała tak ok.16-17:00, kiedy odpalają sztuczne oswietlenie i się robi tak bardzo nastrojowo.Tak, dla tego momentu spróbuję. Cos w tym jest.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułŚladami Maurów – FILMOTEKA
Następny artykułTurcja północna 2010
Judyta - DreamsOnWheels
DreamsOnWheels czyli Judyta i Marcin, twórcy bloga dreamsonwheels.pl. "Manifest" na temat podróży kamperem: Kamper to możliwosć, bo tak niewiele trzeba – benzyna i jedziesz. Kamper to podróż. Całoroczna. Wliczając planowanie. Kamper to wolnosc. Kamper to poszerzanie horyzontów. Kamper to ucieczka z domu. W domu ludzie umieraja. Kamper to sens życia, jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało. Opisy wypraw pochodzą oczywiście z bloga dreamsonwheels.pl