(słowa w tytule to parafraza utworu Krzysztofa Daukszewicza)

Mieszkamy w Polsce zachodniej, w Zielonej Górze. Na co dzień nie ma to dla nas żadnego znaczenia, może poza faktem, że dzięki takiemu położeniu mamy wszędzie stosunkowo blisko – 300 km nad morze, niecałe 200 km w góry, niecałe 200 do Czech, 60 km do Niemiec. Kiedyś, jeszcze na studiach, jedna
z wykładowczyń, skądś przyjezdna, zrugała nas studentów, że mając tylko 150 km do Berlina tak rzadko korzystamy z jego dobrodziejstw, kompletnie nie uświadamiając sobie, jak korzystnie jesteśmy, jako zielonogórzanie, położeni. Od tamtej pory zdecydowanie częściej byłam w Berlinie niż w stolicy własnego kraju, przez co było mi, przyznam, trochę wstyd. Nie tylko z powodu nieznajomości Warszawy, lecz ogółem Polski mniej więcej od Torunia na wchód, z małymi wyjątkami dla Jury Krakowsko-Częstochowskiej i Bieszczad, które mnie zachwyciły i Częstochowy, która mnie przeraziła. Byłam jednak pewna, że to jedyne takie miasto w Polsce świętoszkowatością i biedą płynące. Okazuje się, że takich miast i miejsc jest w Polsce więcej. O wiele więcej.

Łódzkie 1

Jeden z weekendów majowych spędzonych w okolicach Łodzi pomógł mi
w pewnym stopniu zrozumieć wyniki wyborów prezydenckich, które tak bardzo podzieliły nasz kraj. Dokładnie na pół. Linią północ/południe, przechodzącą mniej więcej na wysokości Torunia.

Nie wiem, czy to kwestia nierówno wykorzystywanych funduszy unijnych, odległości od tak zwanego Zachodu, czy może stopnia zawartości Polski
w Polsce, który wiadomo – jest wyższy w centrum i wschodzie niż tutaj, na ziemiach odzyskanych. Historia zachodniej Polski i tożsamość tych Polaków kształtuje się dopiero od pokolenia moich Dziadków, których przygnała tu tocząca się tam wojna. Świadomie napisałam “tych” Polaków, bo mimo sloganów powtarzanych przez prezydenta elekta – o jednej Polsce i chęci bycia prezydentem wszystkich Polaków, różnimy się od “tamtych” centralno-wschodnich. Jakoś tak mniej jesteśmy mentalnie polscy, a bardziej pogranicznie-zagraniczni. Nie mamy kształtowanej przez wieki tożsamości, przynależności.

Po cośmy tu w ogóle przyjechali, pod tą Łódź. Za pracą, panie, za pracą. Przy okazji konieczności przeprowadzenia szkolenia w jednej z tamtejszych firm, postanowiliśmy zobaczyć co nieco i po przejechaniu kilkunastu prawdziwie wiejskich wsi przez płaski jak stół teren, zaparkowaliśmy kampera pod rzeczoną firmą i podsumowaliśmy pierwsze spostrzeżenia.

Janowice, Łódzkie

Po pierwsze, płasko pod Łodzią i bezleśnie. Po drugie, krowy chodzą po ulicach, a całe rodziny uprawiają pola dłubiąc w ziemi na kolanach, a przy polach
i drogach stoją domy inne niż u nas – z szarych cegiełek, z małymi okienkami pod dachami.  Po trzecie, wszyscy są bardzo uprzejmi i sprawiają wrażenie, jakby im się nigdzie nie spieszyło.I gdyby tylko nie ten Duda, gapiący się z każdego płotu, podobałaby mi się ta sielanka.

ŁĘCZYCA

Analizując różnice między Polską zachodnią a centralną uświadomiłam sobie, jak często tu na zachodzie używamy słowa “poniemieckie”. Poniemieckie kamienice, poniemieckie fabryki, poniemieckie nazwy, poniemieckie miasteczka. W mojej świadomości to naturalne, że wszystko jest poniemieckie, dlatego wizyta w na wskroś polskim mieście, jakim jest Łęczyca, była ciekawym doświadczeniem.

Łęczyca

Odwiedziliśmy Łęczycę, bo Dziadek Marcina jest honorowym obywatelem miasta, który to tytuł otrzymał za wyzwolenie miasta podczas wojny obronnej 1939 roku. Historię kaprala Czesława Boronia, który dosłownie aż do śmierci (umarł podczas jednego z wykładów) opowiadał uczniom i studentom o historii II wojny światowej opisano w „Życiu Kalisza”. Jest jedną z tych, którą trzeba ocalić od zapomnienia, tym bardziej, że Chłop mój krew z krwi. Dlatego
z przyjemnością zamieszczam link do wywiadu z Panem Czesławem, szczerze zachęcając do przeczytania.

Bić Niemca. Historia Czesława Boronia.

W malutkim hołdzie w szafie gromadzimy koszule i krawaty, o niemodnych już dziś krojach, które Marcin dostawał od Dziadka na każdą możliwą okazję, a ja żałuję, że Pana Czesława nie poznałam. Tym bardziej, że nie wiadomo, ile
w końcu tych Niemców ubił.

Ten szelmowski uśmiech - Marcin,  wypisz wymaluj
Ten szelmowski uśmiech – Marcin, wypisz wymaluj

skanuj008001

Znaleźliśmy ślady Dziadka Boronia w Łęczycy. Na rynku stoi pomnik
z pamiątkowymi tablicami, a wśród nich jedna w podzięce dla oddziałów
z Kalisza.

Łęczyca pomnik

Byliśmy też na łęczyckim zamku, gdzie właśnie z mizernym rozmachem odbywały się Dni Kultury Staropolskiej.

Zamek Łęczyca 1

Zamek Łęczyca 2

Zamek Łęczyca

Połaziliśmy po wąskich uliczkach między małymi, zniszczonymi kamieniczkami, przy których stały budynki gospodarcze z przynależną każdemu mieszkaniu zewnętrzną “komórką”, “skrytką”, “altanką” (?).

Łęczyca 1

Na starym rynku, w kawiarence rodem z lat 30-tych, zjedliśmy pyszne lody
i wypiliśmy kawę obsłużeni przez przemiłe panie, a w aptece wyglądającej jak apteka z epoki uprzejma farmaceutka sprzedała nam lek na alergię. Żałowaliśmy, że nie mamy dobrego aparatu widząc pana, który wychodził
z supersamu z 10 kilogramowym workiem kartofli na plecach. Na samym starym rynku. Takie rzeczy tylko w Łęczycy.

Łęczyca 2

Łęczyca rynek

Nie chcieliśmy wjeżdżać do samej Łodzi i kierując się w stronę Zalewu Sulejowskiego, pojechaliśmy obwodnicą. To znaczy, tak nam się wydawało, że obwodnicą. Tymczasem jechaliśmy po dziurawych drogach przez niekończące się miasteczka, wyglądające jakby ktoś do krajobrazu  z czasów sprzed II wojny powstawiał betonowe bryły bloków i metalowe hale z supersamami. Mijaliśmy drewniane, ciągle zamieszkałe domy i pseudopałacyki – cygańskie koszmarki budowlane, a takiego zatrzęsienia kapliczek, krzyży, jezusków i maryj stojących przy drodze nie widziałam jeszcze nigdzie. Najbardziej okazałymi budynkami
w każdym z tych podłódzkich przysiółków były kościoły ze strzelistymi wieżami, stojące w centralnych punktach. A wokół nich bieda. I obowiązkowo Duda, który wczoraj (7.06.2015) miał taki wyraz twarzy jak rzucił się w garniturze na kolana ratując upuszczony przez księdza opłatek jakby świat od zagłady uratował. Aż koszula mu z gaci przy tym wszystkim wylazła.

Zaczęłam wtedy rozumieć, dlaczego ci ludzie chcą zmiany – na pierwszy rzut oka widać, że się nie przelewa. Nie ma tutaj kasy z Unii, inwestycji, remontów dróg. Są blaszane kioski, od lat nieodnawiane domy i jakaś taka byle jakość, jaką widzieliśmy w Rumunii i Ukrainie. I choć może to być nadinterpretacja, w końcu byłam tu jedynie przejazdem, obawiam się, że nie do końca.

Tocząc dyskusje o Polsce o polskości, dojechaliśmy wreszcie nad Zalew Sulejowski i po zakwaterowaniu na kempingu Wodnik, ruszyliśmy na rowery.

Zalew Sulejowski

Trzeba się liczyć z tym, że trasa nie należy do łatwych. Do przebycia jest około 60 kilometrów w większości po leśnych ścieżkach i wertepach, z rzadka po asfalcie. Raz musieliśmy przejechać tuż obok pasących się przy brzegu krów, co dla mnie już zajeżdża ekstremą. Wycieczka trochę przypomina podchody, bo oznaczenia trasy są poukrywane lub nie ma ich wcale, więc przyda się orientacja w terenie lub mapa.

Zalew Sulejowski 2

Zalew Sulejowski 6

Zalew Sulejowski 7

[learn_more caption=”Zalew Sulejowski” state=”open”]

Powstanie zbiornika miało na celu zapewnienie wody pitnej dla Tomaszowa Mazowieckiego i Łodzi. W ostatnich latach Łódź zmniejszyła pobór wody z zalewu, w wyniku wybudowania własnych studni głębinowych.Oprócz funkcji retencyjnej i energetycznej zbiornik wykorzystywany jest do hodowli ryb, ochrony przeciwpowodziowej oraz do celów rekreacyjnych. Umożliwia uprawianie sportów wodnych, głównie żeglarstwa, kajakarstwa i windsurfingu.

[/learn_more]

Zalew Sulejowski 1

Można zaprzeczać, że mamy Polskę A i Polskę B, słowami zacierać róznice, ujednolicać, ale wystarczy przekroczyć tą umowną granicę społeczno-obyczajową, a nawet architektoniczną, i jesteśmy w innym kraju. Nie mnie oceniać, czy lepszym, czy gorszym – mnie mieszka się dobrze tu, gdzie mieszkam, zdaje się, że jakby dostaniej i bardziej świecko, co lubię. Niemniej jednak po kilku dniach spędzonych w Łódzkiem bardzo, ale to bardzo ciągnie mnie jeszcze dalej, na wschód, na Mazury, do Lublina i Zamościa.  Celem znalezienia i zrozumienia polskości. Tej,o którą walczył Czesław Boroń.

Zalew Sulejowski 4

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułNa włościach kapitana Martineza, czyli dzieci na spływie. Lubrza
Następny artykułBo żyje się raz. Downhill w Spindlerovym Mlynie.
Judyta - DreamsOnWheels
DreamsOnWheels czyli Judyta i Marcin, twórcy bloga dreamsonwheels.pl. "Manifest" na temat podróży kamperem: Kamper to możliwosć, bo tak niewiele trzeba – benzyna i jedziesz. Kamper to podróż. Całoroczna. Wliczając planowanie. Kamper to wolnosc. Kamper to poszerzanie horyzontów. Kamper to ucieczka z domu. W domu ludzie umieraja. Kamper to sens życia, jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało. Opisy wypraw pochodzą oczywiście z bloga dreamsonwheels.pl