[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=GJppPXKfbdE]

Faktycznie jest tak, że ciężko potraktować obojętnie nadchodzący weekend, kiedy kamper stoi pod domem. Rozochoceni  pierwszym słońcem i stęsknieni za morzem w pierwszy legalnie wiosenny (kalendarzowo
i astronomicznie) weekend wybraliśmy się na Wyspę Uznam. Niby morze to samo, nad-morze jednak zupełnie inne.

Chciałabym tu wtrącić, bo marcowe wyprawy ostro Niemcem trącą, że wcale nie jesteśmy wielkimi miłośnikami tego kraju. Można powiedzieć, nie wchodząc w szczegóły, że nasz (szczególnie Marcina) stosunek do zachodnich sąsiadów jest, delikatnie mówiąc, ambiwalentny. Ale kraina atrakcyjna turystycznie jest to i, co by nie gadać, ma bardzo dobrze rozwiniętą infrastrukturę turystyczną, szczególnie pod względem kamperowania
i rowerowania. Więc niech im będzie, skorzystamy z udogodnień (nie bez łaski).

Z Zielonej Góry wyjechaliśmy w porze obiadowej – 14:00 (nie dane nam podróżowanie od świtu, taka karma:)), na Usedom byliśmy koło 20:00.  Większość trasy po stronie polskiej przejechaliśmy krajową trójką – bardzo ładna droga. Wbrew temu, co się wszędzie słyszy, województwo lubuskie to jeden wielki plac budowy dróg, mostów i wiaduktów, wygląda to bardzo optymistycznie i budzi nadzieje na przyszłość.
Następnie autostradą przez przejście graniczne w Kołbaskowie, a potem chciałam być cwańsza niż nawigacja
i pokierowałam nas jakimiś wąskimi i krętymi drogami do leżącego nad Zalewem Szczecińskim Ueckermunde – „zobaczymy szybciej wodę!”. Wody nie zobaczyliśmy, a na miejscu byliśmy jakąs godzinę później*. Przynajmniej było malowniczo.

(*najlepiej dojechać autostradą aż do zjazdu w Schmolln, po kilku km znów autostradą do zjazdu Pasewalk
i potem drogą nr 109 aż do Anklam.; potem odbić w prawo na Usedom i już).

Obserwacje z trasy: zamiast bocianów Niemcy mają czaple, zamiast łat na drodze w kształtach i konfiguracjach zależnych od fantazji łatającego mają równe prostokąty i inne równoległoboki. Pola uprawne jakieś takie porządniejsze, trawy przystrzyżone, drzewa ponumerowane i taaakie kombajny!… Gnój na polach śmierdzi tak samo (bardziej?…), a tablice informujące gdzie skręcić postawione w takich miejscach, że szlag by ich trafił
i nie do przeczytania bez wytężania wzroku. Dla tych ze wzrokiem dłużej w latach używanym – dosłownie nie do przeczytania o zmroku. No i nie można płacić kartą visa w marketach, co jest niezwykle upierdliwe, o bankomat też nie najłatwiej. Jednak nie wszystko takie super lepsze, ha.

W niedalekiej odległości od Świnoujścia znajdują się trzy wypoczynkowe kurorty – Ahlbeck, Heringsdorf
i Basin.

Mały wtręt: nie znam wcale niemieckiego (jeszcze!), więc wszelkie szczątkowe tłumaczenia Marcina dostarczają mi dużo zaskoczeń i niezrozumiałej radości. Np. Heringsdorf to wioska śledzi. A ‚Rad’ to rower. Rad. Czy tam Fahrrad, jak mówi słwonik. Dziwnie. Normalnie ‚bike’ powinno być.

Wjechaliśmy od strony Ahlbeck i wydaje mi się, że własnie w Ahlbeck, choć nawigacja mówiła, że to Heringsdorf, znaleźliśmy parking dla kamperów, o co nietrudno. Znaleźliśmy też dużo lepiej usytuowanych parkingów nie-dla-kapemrów od 23:00-07:00. Duża ilość tych pojazdów w Niemczech ma swoje plusy
i minusy. Plusem jest niewątpliwie fakt, że licznie występują miejsca dostosowane dla kamperów, z wodą, prądem, sanitariatami itd. Minus –  są i takie miejsca, gdzie ZAKAZUJE SIĘ nam wjazdu, postoju, bycia! I wtedy człowiek tęskni do samowolki w swoim kraju…

Na parkingu, czy raczej kempingu, na kórym sie zatrzymaliśmy stały oprócz nas 2 kampery. I kury były,
i gołębie w klatkach, i jakieś złomowisko za płotem, i wielkie ptaki, które zaatakowały nam w nocy dach. Nie było bramy, cennika, stróża, nikogo, kto by nam powiedział, czy miejce jest płatne czy nie. Przy wyjeździe okazało się, że jest – 10,50EUR zapłaciliśmy za jedną noc.  Tzn. zapłaciliśmy 9 EUR, bo więcej nie mieliśmy. Pani więcej nie chciała, strasznie im zadymiliśmy atmosferę.

Rano, koło 11:00, wyruszyliśmy na rowery. Było dość chłodno. Cel numer jeden: znaleźć morze. Dojechaliśmy do promenady. Wzdłuż niej równo ustawione piękne rezydencje – hotele. Dużo spacerujących i jeżdzących na rowerach ludzi, a to dopiero marzec. Bardzo, bardzo ładnie. I zdumiewająco cicho, jak na taką ilość ludzi, strach głośniej coś powiedzieć – może jakiś zakaz?

Generalnie, wszędzie dużo zakazów i nakazów. Tu możesz rowerem, tu tylko nogami, tu zejdź z roweru, tu wejdź na rower, tu szybciej, tam wolniej, zgłupieć idzie i człowiek zastraszony. Dziwić się, że taki Ordnung.

Plaża przepiękna. Nie bez kozery mówi się, że bałtyckie plaże są jednymi z najpiękniejszych na świecie. Tylko morze nieco za zimne i palm nie ma, za to są klify.

Promenadą dojechaliśmy do Basin – 6 km,  po czym ścieżka, niczym w Polsce, nagle się urwała na rzecz schodów i plaży. Cofnęliśmy się do mapy i znalazwszy(?) alternatywną drogę rowerową (mówiłam, raj dla rowerzystów) pojechaliśmy dalej. Droga prowadziła przez porośnięte lasem wydmy, przepięknie. Pokonując górki i pagórki dojechaliśmy do kempingu, o którym pisał ktoś na  Camperteamie – z prawej morze za wydmą, z lewej przyczepy stacjonarne z domkami, miejsca na przyczepy mobilne i kampery, sanitariaty, budki
z prądem, budki z jedzeniem. Wszystko pozamykane, pusto, gdzieniegdzie ktoś przygotowuje włości do sezonu. Przejechaliśmy cały ten kempingowy plac przekonani, że na końcu znajdziemy zamkniety szlaban, taki jak przy wjeździe. Okazało się, że koniec jest tak naprawdę początkiem, szlabany były pootwierane, recepcja zamknięta, karteczka informowała, że sezon zaczyna się 31 marca. 3 godziny później  nasz kamper stał zaparkowany przy jednym z wejść na plażę. Równocześnie temperatura spadła do jakichś 5 stopni.

Kemping ten znajduje się na wysokości miejscowości Uckeritz, nazywa się właśnie jakoś tak 0 „Pod Uckeritz”, ale zjazdu do niego trzeba wypatrywać. Jadąc od Basin, po wjeździe do Uckeritz, przed marketem, którego nazwy nie pamiętam jest znak kierujący do pola namiotowego i kempingu w prawo. Należy podążać.

*Przepraszam za brak koordynatów. Przy opisie kolejnego wyjazdu juz będą.

Nie wiedzieliśmy koniec końców, czy można stać gdzie staliśmy, czy trzeba mieć jakieś pozwolenie, czy zamkną te szlabany wieczorem i nie wyjedziemy, czy Bóg wie co (człowiek głupieje w tym kraju). Snu z powiek nam ta niewiedza nie spędzała, aż tacy strachliwi nie jesteśmy, w razie czego „my turysty i ich verstehe nicht”, jednak przy parkowaniu, zwabiony polską rejestracją, zagadał do nas mówiący po polsku Niemiec, którego kolega ze Świnoujścia leży na cmentarzu i wyjaśnił nam, że nie ma problemu, możemy tu stać, że jeszcze nie ma sezonu i w związku z tym nie ma wody, ani prądu, a w sezonie to pełno wiary wszędzie, przyczep, kamperów  i w ogóle szał ciał. Dosłownie – plaża wzdłuż tego długaśnego kempingu słynie z nudystów (niem. FKK). Podsumowując: w sezonie odbywa się tu koszmar.

Spędziliśmy więc noc na pustkowiu wbrew wszelkim radom i rozsądkowi, na dworze zimno było okropnie, dogrzewaliśmy się więc samowolnie pożyczonym od nieobecnego sąsiada grillem (wurst musi być!) i winem,
a teren obsrywały nam sarny i oby tylko… Było git.

Zaliczone awarie:
1. Puściła rurka doprowadzająca wodę do zlewu, o 1. w nocy mieliśmy powódź (tzn. Marcin miał, ja spałam
w alkowie:)).
2. Nie działała lodówka.
3. Zepsuł się tym razem lewy migacz.

Z osiągnięć:
1. Ogrzewanie na trójce jest cichutkie i gazu starczyło.
2. Zaliczyliśmy pierwszy prysznic w kamperze.
3. Spaliło nam monstrum jakieś 11 l/100 km. Nie jest źle.

ADELANTE!

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułbobry nad Bobrem
Następny artykułNa postronku Matki Natury. Istria reminescences.
Judyta - DreamsOnWheels
DreamsOnWheels czyli Judyta i Marcin, twórcy bloga dreamsonwheels.pl. "Manifest" na temat podróży kamperem: Kamper to możliwosć, bo tak niewiele trzeba – benzyna i jedziesz. Kamper to podróż. Całoroczna. Wliczając planowanie. Kamper to wolnosc. Kamper to poszerzanie horyzontów. Kamper to ucieczka z domu. W domu ludzie umieraja. Kamper to sens życia, jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało. Opisy wypraw pochodzą oczywiście z bloga dreamsonwheels.pl